Jak nie otwierać browaru kontraktowego [ANTYPORADNIK]

Robisz piwo w domu, twoi znajomi i rodzina mówią, że jest super smaczne i powinieneś robić je na większą skalę, bo oni i ich znajomi na pewno będą to kupować.
Jeśli kiedykolwiek usłyszałeś takie słowa to ten wpis jest dla ciebie!

Podejmujesz decyzję, że wchodzisz w to. Niestety okazuje się, że założenie fizycznego browaru trochę potrwa, a do tego nie stać Cię na to, etat w korpo jest spoko, ale mimo wszystko nie wystarczy na browar. Do tego rodzina ani znajomi nie chcą zostać inwestorem, ty też takiego nie znalazłeś.

Pojawia się jednak światełko w tunelu!

Można mieć własny browar warząc w innym! Inwestując zdecydowanie mniej. Zakładasz browar kontraktowy. Wszystko zrobi się na patencie, będzie dobrze.

Wymyślasz nazwę browaru. Jest super!

Stop. W ciągu tygodnia zmieniasz ją 5 razy. Dobra, ta ustalona musi być dobra, bo znajomy, który coś tam umie w grafikę zrobił z nią logo. Obiecałeś mu za to skrzynkę piwa. Za etykiety trzeba będzie jednak zapłacić. Teraz wystarczy tylko wymyślić nazwy piw i style, co z tego że jest środek zimy, decydujesz się na lekkie ejle.

Obowiązkowo z dużą ilością karmelowego słodu. Ewentualnie jakiegoś imperialnego stouta (będzie w sam raz na 30-stopniowe lato).

Browar do warzenia już znaleziony, działalność gospodarcza, spółka czy co tam wybrałeś założona.

Jeden piwowar na festiwalu powiedział, że potrzebna będzie też koncesja, ale chcąc złożyć wniosek o nią trafiłeś tylko na takie o zezwolenie i to jeszcze jakieś dwa różne: na obrót hurtowy jak i detaliczną sprzedaż. Trudny wybór, co tu wybrać.

Jedziesz na pierwsze warzenie, masz recepturę, wiadomo że będzie to proste, po prostu przełożysz to 1:1 z tej domowej, przecież była taka smaczna.

Kilka dni przed warzeniem okazuje się, że z zamówionych składników jednak nie wszystko dojechało, a właściwie to większość jest do zmiany, na szczęście browar ma jakieś resztki do wykorzystania, oj tam zdarza się. Lecimy dalej na optymizmie. Plujesz sobie jednak trochę w brodę, że za późno wpadłeś na pomysł by wykupić całe zapasy potrzebnego Ci chmielu ze wszystkich możliwych sklepów dla piwowarów domowych.

Piwko uwarzone, przy okazji nudząc się na warzeniu (na szczęście browar jest tylko 50 km od domu, dalej byś nie jechał), postanawiasz rozpocząć komunikację z odbiorcami, zakładasz profile w mediach społecznościowych oraz dodajesz piwo do oceniaczek (myślisz czy mu od razu nie dać 5/5, bo przecież wykonałeś kawał dobrej roboty patrząc jak piwowar z browaru wrzuca słód i grając z nim w karty, na razie jednak się wstrzymujesz).

Zastanawiasz się nad stroną internetową, ale to jednak dodatkowy koszt, odkładasz to na później.

Minęły dwa tygodnie, strona browaru dobiła do 100 lajków, bo zaprosiłeś wszystkich znajomych, do tego kilka osób z innych browarów polajkowało. Jest pięknie!

Teraz pozostało tylko zbijanie piąteczek na festiwalach, liczenie fanów i przede wszystkim liczenie hajsu.

Co więcej, właśnie weszła dodatkowa obniżka akcyzy! 50% mniej. WOW. Będzie $$$$$.

Choć stop. Okazało się, że i tak istniała już jakaś ulga, więc po przeliczeniu wychodzi, ledwie kilkanaście procent, ale to i tak spoko.  W każdym razie cieszysz się, że i tak zarobisz kilkanaście groszy więcej na litrze niż planowałeś.

Piwko już gotowe, leży sobie na magazynie, bo udało się ogarnąć magazyn w browarze.

Najwyższy czas je sprzedać.

Ściągasz listę maili sklepów, hurtowni i lokali, gdzie wiesz że jest kraft.

Mija tydzień zanim się ogarniesz z tym.

Mail wysłany, ale coś jest nie tak. Na 300 wysłanych wiadomości, w ciągu tygodnia tylko 10 odpowiedzi, 3 zamówienia po kegu i kartonie butelek, 2 osoby napisały, że najpierw chcą spróbować tego piwa. Ale jak to? Przecież są na drugim końcu Polski! Zastanawiasz się czy im napisać, że jak będą na lokalnym festiwalu piwa to by dały znać, ale uświadamiasz sobie, że festiwal za pół roku i do tego czasu piwo się przeterminuje. Trudno. Trzeba wysłać.

Najgorsza była taka jedna osoba, która napisała, żebyś następnym razem użył korekty i polskich znaków, bo nie da się tego czytać, a do tego napisałeś nazwę swojego browaru z literówką. Strasznie czepialska, usuwasz ją z listy.

Dobra. Minęły dwa tygodnie nic się nie ruszyło, postanawiasz pochodzić trochę i się zareklamować, najczęściej okazuje się, że w godzinach wieczornych, kiedy przychodzisz do lokalu wszyscy są zajęci, a do tego nie ma osoby odpowiedzialnej za zamówienia.

Znajomy barman daje ci dobrą radę, by najpierw skontaktować się telefonicznie z beer managerem.

Udaje ci się z nim spotkać, po kilku dniach, w środku dnia, musiałeś wziąć na to spotkanie dzień wolny w pracy, trudno. Target zagrożony, ale czego się nie robi dla własnego browaru.

Beer manager popróbował, uśmiechnął się (więc już myślisz, że gość zna się na rzeczy i będzie dobra sprzedaż), spytał jednak dlaczego przychodzisz do niego z piwem, które już teoretycznie od dwóch miesięcy jest na rynku i nawet nie miało oficjalnej premiery, a on dziś pierwszy raz o nim słyszy. Jak to? Przecież wysłałeś maila. Wylądował on jednak w spamie.

Gdy już chcesz zapytać się go ile bierze petainerów, on zaczyna, że piwo jest wadliwe, do tego czuć w nim upływ czasu, więc grzecznie, ale jednak stanowczo dziękuje i zaprasza do kontaktu w przyszłości. Trudno, przynajmniej masz nowy kontakt w bazie.

Jednak ten kontrakt to nie taka bajka. Na szczęście znajomi wspomogli z pierwszą warką i trochę kupili. Poza tym ci ludzie w internecie to chyba się na piwie w ogóle nie znają, piszą dobre i dają 2,5/5.

Co prawda sprzedałeś wszystko, ale to co poszło do hurtowni po prawie 5 zł netto, na półce sklepowej jest za 10 zł! Co za zdzierstwo. Do tego stoi na wysokości łydek w kącie.

Siedząc w restauracji znajomego, który otworzył lokal po tym jak powiedziałeś mu, że dobrze gotuje myślisz czy by nie rzucić tego całego kraftu i wrócić do warzenia w domu.

W międzyczasie jednak uwarzyłeś kolejne dwa piwa i opłaciłeś wystawienie się na festiwalu, a nie dostałeś jeszcze wszystkich przelewów za sprzedaż piwa, w sumie to większość przelewów jeszcze nie przyszła, choć jest już po terminie płatności.

Do tego księgowa co chwilę dzwoni.

Ciąg dalszy może nastąpi, a może nie. Najpierw jednak musisz się spłacić.

 

UWAGA! Powyższy wpis ma charakter wyłącznie humorystyczny i został od podstaw wymyślony, wszelkie podobieństwo jest zupełnie przypadkowe.

Słowem podsumowania: decyzja o założeniu browaru kontraktowego prócz pasji wymaga wielomiesięcznych przygotowań, rozeznania rynku, starannego opracowania długofalowego planu działania, zbudowania rozpoznawalności, sieci dystrybucji, stałych inwestycji oraz z samej strony produkcyjnej bezustannego dążenia do najwyższej jakości, ale także zabezpieczenia środków na okresy słabszej sprzedaży oraz wytrwałości przy oczekiwaniu na zarobek, bo wchodzi się na konkurencyjny rynek, gdzie konsumenci są nieporównywalnie bardziej zaangażowani i zainteresowani działalnością producenta niż ma to miejsce w innych branżach.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Jak nie otwierać browaru kontraktowego [ANTYPORADNIK]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s